"Wyspa Złoczyńców" - recenzja



'Wyspa Złoczyńców', Pojezierze, 1980 r.         Pierwszy prawdziwy Pan Samochodzik i pierwsza książka, w której pojawia się wehikuł i harcerze. Właśnie tu ze szczegółami dowiedzieć się można w jaki sposób Tomasz „wszedł w posiadanie garażu murowanego i znajdującego się w nim pojazdu mechanicznego” i jak powoli odkrywał jego niezwykłe właściwości. I jak zaraz potem wyruszył swoim nowym samochodem na spotkanie przygody do małego nadwiślańskiego miasteczka, gdzie w ostatnich dniach wojny dziedzic Dunin ukrył niezwykle cenną kolekcję starej broni, naczyń i kosztowności.
        Czy Tomasz zdąży ubiec swych przeciwników i czy odkryje jako pierwszy zagadkę schowka, strzeżonego od wielu lat przez tajemniczych ludzi? W miarę upływu czasu, historia gmatwa się coraz bardziej, a wydarzenia zaczynają przybierać niebezpieczny obrót. Pojawiają się kłusownicy oraz członkowie grasującej ongiś w okolicy bandy, a także kilka osób, które na pierwszy rzut oka chcą jedynie wypocząć w ciszy i spokoju.
        O powadze sprawy świadczy odnalezienie zwłok mężczyzny, który przed rokiem usiłował dotrzeć do skrytki. Widać, że strażnicy skarbów dziedzica nie cofną się przed niczym, aby zachować w tajemnicy miejsce ich ukrycia...

„Przygody nie trzeba szukać . Ona zjawia się sama.”

        Pierwsze słowa książki, to zarazem motto całej serii i jednocześnie wyraźna wskazówka dla czytelnika. Jak pisze Nienacki przygoda „Najpierw daje nam znak - że oto jest, przyszła po ciebie, chce cię ogarnąć i wciągnąć w swą grę. Musisz od razu wiedzieć, że to właśnie jej znak, musisz go rozpoznać wśród tysiąca innych znaków. Nie wolno ci zlekceważyć jej wezwania ani odłożyć go na później. Nie lubi leniwych. Pominie cię, odejdzie i więcej po ciebie nie wróci...” A dla mnie już pierwsze zetknięcie z "Samochodzikami" potwierdza prawdziwość tych słów. Otóż właśnie dawno, dawno temu, w latach osiemdziesiątych, u jednego z moich kolegów zauważyłem trzy części Pana Samochodzika, drukowane jeszcze przez Wydawnictwo Pojezierze: "Wyspę Złoczyńców", "Templariuszy" i "Księgę strachów". Ponieważ oglądałem przedtem serial "Samochodzik i Templariusze", sięgnąłem oczywiście po drugą część, reszta mnie nie interesowała. Ubłagałem jej wypożyczenie i wieczorem w domu zabrałem się do czytania, ale już na samym początku lektury natknąłem się na przypis: „Poprzednie przygody zostały opisane w "Wyspie Złoczyńców".” Chociaż znałem już przecież serial i tylko dlatego chciałem przeczytać książkę, to obawiałem się pominąć początek, bo a nuż trafię na wątki, których genezy nie będę znał. Następnego dnia wróciłem więc do kolegi, pożyczyłem i przeczytałem najpierw właśnie część pierwszą. W ten sposób dowiedziałem się, że jest więcej przygód Samochodzika i że te jeszcze mi nieznane są równie pasjonujące. Ta systematyczność opłaciła się więc stukrotnie, bo w ten właśnie sposób zaczęła się moja przygoda z pisarstwem Nienackiego...
        Jak już wspomniałem, "Wyspa..." jest to właściwie pierwsza część przygód Pana Samochodzika i wydaje mi się, że łatwo to zauważyć podczas czytania. Pomijając już sam wstęp, książka ma kilka cech unikatowych, które w miarę rozwoju serii zostały znacznie przeobrażone. Przykładowo wehikuł nazywany jest tu - i tylko tu - „samem” i częściej pływa niż w jakiejkolwiek innej części przygód - oprócz jedynych "Nowych przygód". A może nawet częściej pływa, niż jeździ... Porównując pierwsze wydania powieści z kolejnymi zauważyć można też, że początkowo Nienacki nie miał jeszcze sprecyzowanego pomysłu, jakimi właściwościami najlepiej będzie obdarzyć wehikuł - fragmenty opisujące go zmieniły się z czasem diametralnie. Jest tu też oczywiście pościg, ale jeszcze niezbyt emocjonujący, dopiero później znalazł Autor pomysły na znacznie większe dawki dramaturgii.
        Początkowo byłem zawiedziony ograniczoną obecnością trójki harcerzy - pamiętałem przecież wciąż serial i skoro tu również odnalazłem ich w gronie bohaterów, to chciałem, żeby odegrali znacznie większą rolę, jako bezpośredni pomocnicy Samochodzika. A do tego jeszcze druh Borówka był tu częściej wspominany niż Wiewiórka. Ale cóż - mimo operowania pewnymi schematami przy tworzeniu kolejnych powieści, Nienacki dbał jednak, aby było równie wiele rzeczy odróżniających jedną od drugiej. Z perspektywy czasu myślę, że cała seria tylko na tym zyskiwała, nie wpadając w zbytnią sztampę, która doprowadziłaby do rychłego znudzenia odbiorców. Odmiana tylko dodaje uroku, zapobiega monotonii.
        Również sam sposób prowadzenia akcji różni się od kolejnych pozycji. W innych książkach (znów z jednym chyba wyjątkiem "Złotej rękawicy") Tomasz nie miał tajemnic przed czytelnikiem, który czuł się jakby myśli bohatera były jego własnymi, w każdym momencie wiedział, jaki jest cel danego działania - zagadka, stanowiąca oś wydarzeń bywała opisywana najczęściej na początkowych stronach powieści. Tutaj natomiast w kilku miejscach Tomasz zastanawia się nad wyborem sposobu dalszego działania, przy czym nie rozwija zbytnio swoich przemyśleń, utajniając jak można to co robi, również przed czytelnikiem. Dopiero po długim czasie dowiadujemy się nawet, jaki właściwie jest cel przyjazdu do Antoninowa. Jednak mimo że książka różni się nieco od tego, co nazwałbym typowym Samochodzikiem, to o ile czyta się "Wyspę..." jako pierwszą nie myśli się o tym zupełnie. Dlatego uważam, że pomimo braku wehikułu nawet "Uroczysko" jest pod wieloma względami bardziej podobne do reszty serii niż "Wyspa Złoczyńców". Pamiętajmy przy tym, iż początkowo nie zostało ono napisane jako "Samochodzik", a jednak czytając je po raz pierwszy nie miałem żadnych wątpliwości, kim jest główny bohater.
        Kiedyś przyszła mi do głowy refleksja, że z upływem lat Nienacki coraz wyraźniej eliminował przemoc ze swoich kolejnych powieści dla młodzieży. W "Uroczysku" czytamy o morderstwie dokonanym współcześnie z opisanymi wydarzeniami, w "Wyspie Złoczyńców" jest to jedynie zbrodnia popełniona rok temu, a już w "Templariuszach" mamy tylko usiłowanie zabójstwa. Ale mając przeczytane pozostałe "Samochodziki", można zauważyć, że klimat "Wyspy" jest właśnie wyjątkowo mroczny, tajemniczy i ponury. Dziki, ciemny las, opuszczone i zrujnowane bunkry, niezamieszkałe i samotne wyspy wiślane... Istotny jest też sam nastrój towarzyszący ekspedycji antropologicznej, rozkopującej stare cmentarze w poszukiwaniu kilkusetletnich szkieletów. Niemal wszystkie biwaki Tomasz rozbijał w miejscach odludnych, gdzie szczególnie wieczorami potęgował się nastrój grozy - najbardziej dało się go odczuć w scenie z dwoma wilczurami. Druga rzecz, która tym bardziej znikała z książek, im bardziej stawały się one serią dla młodzieży, to alkohol. Tu pozwala sobie jeszcze bohater na „służbowe” piwo w małym sklepiku, potem stał się zatwardziałym wrogiem napojów procentowych. Ale pamiętać trzeba przeszłość, "Uroczysko" i libacje u Justa, czy - choć to jeszcze całkiem nie ten gatunek pisarstwa, ale jak wierzę równie autobiograficzne - "Herakliusza Pronobisa".
        A dlaczego w to wierzę? Jak czytamy w artykułach "W pracowniach" i "Czy ma Pan sobowtóra", było zwyczajem Nienackiego, zapoczątkowanym już w poprzednio pisanych książkach, aby mieszać wątki wymyślone z realnymi, znanymi z autopsji. Ta powieść powstała również na kanwie osobistych przeżyć Autora, który jak sam wspomina w tamtych tekstach - jako dziennikarz, w lecie 1962 roku, przebywał właśnie w obozie antropologów. Stąd wiele opisów i wydarzeń zostało, jak zgaduję, wziętych z życia.
        A teraz niezaprzeczalne zalety książki: tak jak zwykle w powieściach Autora mamy tu sporą dawkę ciekawych informacji, tym razem na tematy związane z antropologią, prowadzeniem prac naukowych na wykopaliskach, a na deser historię bursztynowej komnaty. Dla młodego czytelnika są to, według mnie, wiadomości bezcenne, nawet nie ze względu na ich wartość merytoryczną, ale dlatego, iż zostały podane w przystępnej, interesującej formie, wplecione we właściwą akcję tak, że czyta się je nie mając absolutnie przeświadczenia, że oto jesteśmy karmieni szkolnymi w istocie informacjami, na które przeciętny młody człowiek siedzący w klasie reaguje ziewaniem. Była to wielka umiejętność Nienackiego, za którą bardzo go cenię i myślę, że być może właśnie to wciągnęło mnie w świat Pana Samochodzika. Ja w każdym razie właśnie tu po raz pierwszy przeczytałem o pochodzeniu człowieka, po raz pierwszy dowiedziałem się też o bursztynowej komnacie. W wieku jedenastu lub dwunastu lat, a tyle wówczas miałem, wyobraźnia zaczyna pracować na najwyższych obrotach...
        Kolejną stałą cechą książek Autora jest wspaniałe poczucie humoru, wprowadzanie całej galerii komicznych postaci i umieszczanie cudnych dialogów, w rodzaju słów Pilarczykowej wypowiedzianych na widok dzieła magistra Opałki: „Rozumiem. Tylko, że znaczy się ja znam tę czaszkę”. Czytając te zdania zawsze śmieję się w duchu. A choć sama intryga nie jest może zbyt skomplikowana, szczególnie jeśli porównuje się pozostałe przygody Tomasza, to rozwiązanie wcale nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka. I absolutnie nie tylko dlatego, że jak już mówiłem, stopniowo i powoli dowiadujemy się o co naprawdę chodzi, ale przede wszystkim dlatego, że jest tu naprawdę wiele osób, których motywy działanie nie są jasne. I właściwie pozostają takimi aż do samego finału. Tak, galeria bohaterów drugoplanowych jest tu naprawdę bogata.
        Przygody bohatera rozbudzają w czytelniku chęć doświadczenia czegoś podobnego na własnej skórze. Nawet jeśli niemożliwe będzie odnalezienie ukrytych kosztowności, to będzie już możliwa walka z kłusownikami, eksploracja podziemi, biwaki i ogniska, choć z tym nie ma już teraz podobnej swobody, jak w tamtych latach. Świat się zmienił, to prawda, ale romantyczna potrzeba przeżycia przygody jest chyba rzeczą uniwersalną, pojawiającą się w umysłach każdego pokolenia nastolatków.


2004 © http://www.nienacki.art.pl

Masz uwagi? Napisz
Hosting: www.castlesofpoland.com
Autor: Piotrek Szymczak.
1998.05.09 - 2008.08.15