V Zlot Nienackofanów - Jerzwałd 2007


        Na zlot wybierałem się z bratem Krzyśkiem. W piątkowe południu skontaktował się ze mną Michał aka Johny Bravo, który był już na miejscu, planowaliśmy więc dołączyć do niego wieczorem, ale problemy z samochodem sprawiły że udało się to dopiero następnego dnia.
        Z Warszawy wyjechaliśmy w sobotni ranek. Dotarliśmy o 10.30 i po krótkiej rozmowie telefonicznej z Michałem wiedzieliśmy już, że możemy zatrzymać się w domu Pisarza, tam więc skierowaliśmy nasz wehikuł. Na miejscu poznaliśmy Piotrka z Łodzi, biernego czytelnika listy. W Jerzwałdzie był pierwszy raz i wizyta ta była dla niego dużym przeżyciem.
        Wkrótce też przybył Sławek Formella. Wspólnie udaliśmy się do sklepu, a po powrocie zjedliśmy jajecznicę z patelni. Dołączyła do nas też Knypek, mieszkająca razem z synem w pobliskim ośrodku TVP i wspólnie zaczęliśmy omawiać plany na najbliższe dwa dni. Ustaliliśmy, że będziemy przemieszczać się dwoma samochodami. Michał i Knypek obstawali za wspomaganiem się gps'ami, a że mapy w urządzeniach były różne, to dość często rozdzielaliśmy się i spotykaliśmy dopiero u celu.
        Najpierw pojechaliśmy do Kamieńca. Po drodze zaczęło padać, co przydało nam dodatkowych wrażeń, ponieważ auto pozbawione było wycieraczek - to ten drobny feler, którego mimo starań nie udało się usunąć w piątek. Po obejrzeniu ruin zza ogrodzenia ruszyliśmy do Szymbarku, po drodze jednak pojawił się kolejny problem z samochodem w postaci słabego ciśnienia w oponie. Poratowano nas jednak na mijanej stacji i już bez przeszkód dotarliśmy do zamku. Oprowadził nas po nim sympatyczny dziadek wraz z psem opiekujący się obiektem. Opowiedział nam przy okazji kilka historii z nim związanych.
        Po obiedzie który zjedliśmy w Siemianach wciąż padało, samochodami pojechaliśmy więc do dębu „nie istniejącego w rejestrach”. A później na cmentarz, zapalić znicze na grobie Autora. Następnie do Matyt i dalej na półwysep, do którego drogę zagrodziła nam sarna, wyrażająca widocznie dezaprobatę dla wjeżdżania autem do lasu.
        Knypek odwiozła na stację kolejową Sławka, który musiał już wracać, my natomiast podjechaliśmy jeszcze kawałek, a kiedy dalsza podróż zagroziła zakopaniem kół w mokrym piasku, porzuciliśmy pojazd i przeszliśmy się po lesie.
        Po powrocie do Jerzwałdu zastaliśmy zamknięte sklepy, ale jeden z nich otworzono na chwilę, dzięki czemu my i przy okazji kilka osób z wioski mogło zrobić małe zakupy.
        Usiedliśmy przy drewnianym stole w pobliżu i posłuchaliśmy opowieści mieszkańców, którzy osobiście znali Autora.
        Kiedy zrobiło się ciemno, wyposażeni jedynie w małą latarkę postanowiliśmy zajrzeć do młyna. Młyn był dobrze zabezpieczony przed ciekawskimi oczami, ale zainteresował nas stojący obok komin, nie znaleźliśmy w nim jednak żadnych skarbów. Wracając wstąpiliśmy jeszcze na chwilę na cmentarz.
        Na kolację zjedliśmy ze wspólnego gara przyrządzony przez Piotrka żurek - jak w Konopielce :)
        W niedzielę wstaliśmy dość późno. W jadalni porozmawialiśmy z małżeństwem ze Śląska, które przyjechało zobaczyć dom Pisarza. Ula miała ze sobą odręczny list od Nienackiego, w którym zachęcał on 17-letnią wówczas dziewczynę do przeczytania "Skiroławek". Pożegnaliśmy się z Piotrem, który postanowił odłączyć się od nas w celu dalszej eksploracji młyna i pojechaliśmy do Wieprza, zatrzymując się na dłuższą chwilę na pięknej drodze prowadzącej do niego ze Śliwy.
        Następną atrakcją dnia był Frombork, w którym zaczęliśmy od zwiedzenia katedry. Niestety nie usłyszeliśmy organów, bo koncert skończył się właśnie kiedy wchodziliśmy. Obejrzeliśmy pokaz w planetarium i weszliśmy na wieżę. Po obiedzie pod Wzgórzem Katedralnym ruszyliśmy do Elbląga, zatrzymując się po drodze w Kadynach. Elbląg powitał nas światęczną atmosferą (770-lecie?), wywieszonymi flagami, festynem, estradą koncertową, muzyką. Obejrzeliśmy Bramę Targową, pochodziliśmy po starówce i nad kanałem.
        Postanowiliśmy, że przedłużymy zlot do poniedziałku.
        Knypek z synem wróciła do swojego ośrodka, a my do Jerzwałdu. Gdy dojeżdżaliśmy, na drodze przed nami pojawiły się małe światełka, które okazały się oczami jakichś zwierzątek. Po powrocie dowiedzieliśmy się od Bogusława, że w międzyczasie odwiedziła go dziennikarka z Radia Olsztyn, która z Internetu dowiedziała się o zlocie.
        W ciągu dnia w Jerzwałdzie była ulewa, drewno naszykowane na ognisko było mokre, ale po chwili udało nam się rozpalić ognisko, przy którym siedzieliśmy do późna rozmawiając, piekąc kiełbaski i popijając piwo.
        W poniedziałek pożegnaliśmy się z Bogusławem i ruszyliśmy ścieżką dydaktyczną. Obejrzeliśmy figurę chłopa i chcieliśmy dojść aż do Jeziora Czarnego, ale brak znaku spowodował, że minęliśmy właściwą ścieżkę. Po chwili zatrzymał się obok nas stary volkswagen, a jego kierowca, jak się okazało zastępca nadleśniczego, przesłuchał nas na okoliczność tego, co robimy w lesie. Po namyśle musiał jednak dojść do wniosku, że nie stanowimy większego zagrożenia, bo odstąpił od dalszych czynności i pozwolił nam odejść wolno.
        Knypek tak się jednak przestraszyła, że postanowiła jak najszybciej wrócić do samochodu zabierając syna, dołączył do nich także Krzysiek. My z Michałem poszliśmy dalej, wprawdzie pracownicy leśni nie byli w stanie wskazać nam właściwej drogi, ale wypatrzyliśmy strzałkę wyrytą na drzewie i obraliśmy kierunek, który wskazywała, jak się okazało trafnie. Przed samym bagnem Michał podskoczył próbując w locie uruchomić aparat. Okazało się, że spod nóg czmychnęła mu żmija.
        Z resztą towarzystwa spotkaliśmy się przy samochodach. W Siemianach zjedliśmy obiad i ruszyliśmy do Gierłoży. Zatrzymaliśmy się w lesie na długiej dyskusji na temat trasy, ponieważ gps'y Michała i Knypka miały zupełnie inne zdanie na temat najkrótszej drogi, co innego wynikało również z papierowego atlasu samochodowego. Tutaj też Michał musiał przećwiczyć opuszczanie pojazdu na czas, kiedy do auta wpadł mu owad przypominający szerszenia. Pod koniec trasy skończyła mi się benzyna, na szczęście Michał zaopatrzony był w linkę, na której przejechałem około 20 km do stacji. Zatankowaliśmy obydwa samochody i na miejsce dotarliśmy chwilę po Knypku, której gps, jak się okazało, kazał zwiedzać mijane miasteczka. Pani przewodniczka oprowadziła nas po Wilczym Szańcu, opowiedziała nam także o niemieckich turystach którzy ostatnio zapragnęli obejrzeć pozostałości po bunkrach, a kiedy usłyszeli, że muszą kupić bilety stwierdzili z oburzeniem: „Nasz człowiek to budował i jeszcze mamy za to płacić?!” I odjechali.
        Na koniec zatrzymaliśmy się w knajpie w Kętrzynie, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, a później z ociąganiem skierowaliśmy się do samochodów żeby wrócić do domów.


2007 © http://www.nienacki.art.pl

Masz uwagi? Napisz
Hosting: www.castlesofpoland.com
Autor: Marek Lityński.
2007.07.30